Maestro


Marcin Maj pisze o Stanisławie Rażniewskim

Przeczytałem niedawno anegdoty o naszym Maestro na stronie szkoły. I mogę przytoczyć jedną świadczącą o ogromnym poczuciu humoru naszego pana Magistra. Jej wspomnienie jest we mnie bardzo żywe z tego powodu, że sam byłem uczestnikiem, a nawet, nieskromnie dodam, bohaterem sytuacji.

Egzamin

Otóż w czasie ferii, w lutym 1978 roku przez szkołę Aesculap (czytaj: pana Rażniewskiego) został zorganizowany kurs na stopień pomocnika instruktora PZN na Odrodzeniu. Oczywiście brałem w nim udział. Piękna pogoda, mrozek, twardy, choć niezlodzony stok. Nadeszła pora mojego egzaminu z metodyki nauczania. Polegał on po prostu na przeprowadzeniu lekcji z grupą, w czasie której należało omówić, pokazać i przeprowadzić zajęcia dotyczące wylosowanej ewolucji z tzw. KROS-u (tak nazywaliśmy ówczesny podręcznik PZN-u zawierający wytyczne nauczania narciarstwa w zakresie klas ewolucji Kątowych, Równoległych, z Odbicia i Sportowych).

Wylosowałem krystianię płużną. „Grupa” do nauczania składała się, rzecz jasna, z egzaminatorów. Wiedząc, co wylosowałem, egzaminatorzy wczuli się w rolę i udając niezdarnych narciarzy podjechali do mnie „ledwo” trzymając równowagę i pokrzykując. A najgłośniej kto? – no oczywiście Maestro:

"Oooo! Koledzy, chodźcie, chodźcie, jest już nasz pan instruktor!" – znaczy: niby ja. Ustawili się przede mną w szeregu i zacząłem "lekcję". Podczas omawiania ewolucji wspomniałem, że krystianię płużną stosujemy na niezbyt trudnych trasach przy niedużych umiejętnościach narciarskich i traktujemy raczej jako wstęp do kolejnych ewolucji.

Chwilę później pan Stanisław mi przerywa: - "No zaraz, zaaaaaraz! A co mam zrobić, gdy znajdę się na czterdziestopięciostopniowym stoku?!" A ja na to, bez chwili zastanowienia wypaliłem: „Tacy narciarze, jak pan, nie chodzą jeszcze na czterdziestopięciostopniowe stoki!” I kontynuowałem „lekcję”, której już mi do końca nie przerwano. Dostałem piątkę.

Po egzaminie poszedłem do Magistra i przeprosiłem go na wszelki wypadek za tę moją odzywkę, ale wytłumaczyłem, że skoro zaprezentował mi się jako początkujący narciarz, no to też tak go potraktowałem, bo przecież rolą instruktora jest również uświadamianie adeptowi aktualnych jego własnych możliwości, a ja przecież grałem rolę instruktora. Maestro oczywiście śmiał się i zapewniał, że w żadnym razie nie czuł się urażony, zajęcia przeprowadziłem dobrze i w sumie pokazałem, że panuję nad grupą, itd., a tak naprawdę, gdy usłyszał moją odpowiedź, to sam miał niezły ubaw, bo jeszcze nigdy nie skierowano takich słów pod jego adresem …

I jeszcze...

Kiedyś tu się jeździło...

Pamiętam również taki wypad do Kotła Szrenickiego. Było to pod koniec lat siedemdziesiątych. Zjechaliśmy poniżej szlaku wiodącego ze Szrenicy do schroniska pod Łabskim szczytem. Eskapada była oczywiście nielegalna, bo naruszaliśmy rezerwat ścisły. Ale chyba Maestro koniecznie chciał nam coś pokazać. W pewnym momencie zatrzymał się i grupa, rzecz jasna, również.

Stał chwilę w ciszy i patrzył w dół, w głąb kotła, do którego zaraz mieliśmy zjechać. Patrzył tak jakoś nostalgicznie, to pamiętam do dziś. I po chwili powiedział: "Kiedyś tu się jeździło..."

Była to dla niego taka sama egzotyka (ciekawe, że można mówić tak o miejscu leżącym zaledwie o kilkanaście kilometrów od miejsca, w którym się mieszka), jak dla mnie, choć mówił, że jeździł tam w latach pięćdziesiątych, czyli wtedy przed dwudziestu laty. Przypomniały mu się lata młodości tak, jak mi się przypominają moje teraz, choć to z perspektywy obecnego dnia już przeszło lat trzydzieści... Niezapomniane lekcje krystianii nożycowej (czyli z odbicia z narty górnej) w przecinkach leśnych koło Odrodzenia...

Macica (nie)wypadła

Trening grupy "asów" na "Ścianie". Jest wśród nas bardzo dobrze jeżdżąca koleżanka (nazwisko i imię pamiętam, ale nie przytoczę tutaj). W czasie jednego z przejazdów "grzmotnęła" nieźle o „glebę”. Ja tego nie widziałem. Podobno wyglądało to groźnie, ale na szczęście wyszła z tego bez szwanku.

Stojąc w kolejce do "słynnego" orczyka słyszałem, jak jej wywrotka była dość szeroko komentowana, między innymi przez Maestra mniej więcej tak: „No na szczęście nic się nie stało, bo myślałem, że już jej macica wypadła …” To może taki nieco czarny humor, ale pamiętam atmosferę odprężenia, jaka zapanowała wtedy w grupie, gdy się okazało, że nic poważnego, a nawet niepoważnego się jej nie stało. Maestrowa dezynwoltura okazała się być jak najbardziej na czasie.

Marcin Maj

Popularne posty