Zawiłość losów


Artykuł Stanisława Rażniewskiego

Poniższy artykuł przygotowany został na potrzeby jednego z wydawnictw jubileuszowych Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. Zawiera refleksje dotyczące uczelni, wychowawców, idei i wartości pracy na rzecz kultury i sportu, oraz określa miejsce autora w tamtych czasach. Stanisław Rażniewski pogłębiał swą wiedzę, rozwijał swoje pasje. Wpadał w wir pracy społecznej, doświadczał prozy życia uczelnianego, startów w zawodach sportowych (AZS), jako student, urzędnik i wyczynowiec w jednej osobie. Można powiedzieć – człowiek orkiestra. Kiełkowały idee… Plany... Sposoby upowszechniania sportu; a w szczególności tenisa i narciarstwa, dyscypliny, którym poświęcał najwięcej czasu. Chciał, aby sporty te (niezwykle drogie do dnia dzisiejszego) były dostępne nawet najbiedniejszej młodzieży.


Zawsze myślał o stworzeniu systemu opieki nad dziećmi, dającemu szerokie możliwości ich rozwoju i wychowania. Wymyślił hasło: „Wychowanie przez góry i dla gór”. Jego marzenie spełniło się. Jakby na to nie patrzeć, przykład naszej Szkoły i Klubu jest na to żywym dowodem.

Autor opisuje w skrócie długą drogę swojego dojrzewania do roli działacza sportowego. Drogę, która w gruncie rzeczy była początkiem, zalążkiem dzisiejszego Aesculapa (ewenementu tak świecie ówczesnej „komuny”, jak i w dobie kapitalizmu). Oddaje klimat pionierskich czasów, między wierszami rysują się cechy charakteru, w treści spore fragmenty życiorysu Stanisława Rażniewskiego. Artykuł został napisany w czasach trwania komunizmu w Polsce. Przygotowując tekst do niniejszej publikacji (wrzesień 2006), dokonałem niezbędnych korekt, w żaden sposób nie zmieniających zasadniczej treści i intencji Autora.

Michał Rażniewski




Wspomnienie w związku z: 50-leciem rozpoczęcia studiów na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu i Politechniki we Wocławiu, 50-leciem Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu, 75-leciem Polskiego Związku Narciarskiego, 75-leciem Polskiego Związku Tenisowego, 50-leciem Dolnośląskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego.

Zawiłość losów i działań… …osobistych i instytucjonalnych w dziedzinie wychowania, kultury fizycznej, sportu, rekreacji, higieny życia jest tak wielka, a jednocześnie fascynująca ciągiem zjawisk i faktów minionego XXX-lecia, że ich adekwatne opisanie, czy ledwie wspomnienie jest zadaniem zbyt trudnym, zbyt poważnym, by udało się choć w cząstce spełnić oczekiwania czytelnika jubileuszowego wydawnictwa. Moje retrospektywne refleksje dotyczące biegu spraw i wybranej, zasłużonej uczelni piszę z pozycji niespokojnego, trudnego wychowanka, który do dziś nie zdołał spełnić marzeń swego czynnego życia i pracy zawodowej. Człowieka, któremu przypadło w udziale wykonać wiele zadań celów znaczących, lecz etapowych, peryferyjnych i specjalistycznych. Wszystkie one jednak koncentrowały się na jednym pasjonującym, humanistycznym i biologicznym temacie: człowiek i jego cielesna , psychomotoryczna osobowość egzystencjalna – jego wychowanie i przetrwanie w wieku ogromnego skoku technicznego, cywilizacyjnego i kulturowego ludzkości, w wieku wojen i przemian ponadczasowych o światowym zasięgu.

Powstanie naszej uczelni - to skutek ciekawych i ważkich poczynań ludzi i społeczności. Dynamizm i entuzjazm pracy owych 20 tysięcy wrocławiaków, którzy jesienią 1945 roku, dali zaczyn sprawie – budowy sportu na Dolnym Śląsku, do dziś owocujący doświadczeniami i trwałymi osiągnięciami. Uczelnia była w sercach młodych ludzi, pragnących po wojennej zawierusze spokoju, przyzwoitych warunków do pracy, możliwości nabywania lub pogłębiania wiedzy, czy po prostu zakosztowania barwnego studenckiego życia. Przybywali z różnych miejsc i czasów, a nieśli z sobą z jednej strony brzemię strasznej wojny, przeżyć i cierpień, z drugiej – nadzieję i wiarę w dobrą przyszłość. W zakątku Wrocławia, u zbiegu ulic Vitellona i Banacha pracowało setki a czasem i tysiące ludzi. W kręgu spotkań 1946 i 1947 roku obcowali ze sobą i tworzyli nową rzeczywistość szkoły, młodzież i profesorowie, pochodzący z najrozmaitszych środowisk, ludzie o najróżniejszych kwalifikacjach zawodowych i umiejętnościach. Nauczyciele wychowania fizycznego, naukowcy, pracownicy fizyczni i umysłowi, studenci… Studenci AWF… Jakież bogactwo typów i charakterów! Wszystkich, dosłownie wszystkich, począwszy od założycieli, z Andrzejem Klisieckim na czele, a skończywszy na najmłodszym pierwszoroczniaku połączyło w tej pierwszej chwili umiłowanie sportu. Zadania i cele były jasne i czytelne. Choć nie były łatwe. Ogrom wieloletniej pracy piętrzył się szczególnie przed tymi, którzy wybrali trudny zawód wychowawcy dzieci i młodzieży. Uniwersytet i Politechnika we Wrocławiu, a w tym Wydział Lekarski i Wydział Weterynarii mają specjalne zasługi w tworzeniu STUDIUM WYCHOWANIA FIZYCZNEGO. Studium z nich wyrosło i było ich integralną częścią do 1951 roku. Rzecz jednak arcyważna. Od pierwszej chwili dążyło do jak najszybszego uzyskania operatywnej, organicznej autonomii i prestiżu naukowego. Założyciele od samego początku wyrażali wolę stworzenia uczelni wychowania fizycznego z prawdziwego zdarzenia. I jak się później okazało, dopięli swego. Rzeczywistość nawet przerosła ich oczekiwania.

Etapy moich studiów wyrażają się dwoma indeksami: Studenta medycyny na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu i Politechniki oraz Studium Wychowania Fizycznego. Ten tematyczny związek narodził się 21 sierpnia 1945 roku i trwa do dziś. Czy jadąc pamiętnego lata zdemobilizowaną ciężarówką „Dodge” z ekipą Uniwersytetu Jagiellońskiego do nieznanego Wrocławia mogłem przewidzieć bieg wypadków swego dolnośląskiego XXX-lecia? Chyba nie bardzo… Sam wyjazd był przypadkowy. Spowodował go Tadeusz Owiński, którego spotkałem na skrzyżowaniu w Modrzejowie koło Niwki. Wysiadł on na chwilę z ciężarówki pełnej asystentów oraz profesorów i idąc na pocztę natknął się na mnie. Nie musiał długo przekonywać… Dostałem dwadzieścia minut na spakowanie rzeczy, i… już tłoczyłem się na drewnianej ławce auta w tym szacownym gronie. W każdym razie zaczynałem od młodszego asystenta i pracownika sekretariatu Wydziału Lekarskiego. Początki… nowe kontakty, przyjaźnie. Niezapomniani: Ludwik Hirszfeld, Tadeusz Baranowski, Andrzej Klisiecki, Anna Targońska, Marietta Szmidt, Hugo Steinhaus i Van do Knty … Hotel „Miruss”, staż akademicki, praca urzędnika dziekanatu, zakładanie i działalność w AZS. Czas zdobywania wiedzy i tworzenia własnej osobowości.

Zrodził się wówczas aktywista sportu akademickiego, który szlify zdobywał jeszcze w przedwojennym AKS Niwka, a po wojnie w Lechii Mysłowice. Duży wpływ na moją edukację miało grono współczesnych mi osób, otaczających na co dzień we wrocławskim AZS-ie, niepowtarzalnych i wspaniałych. A mianowicie: Dionizy Smoleński, Stanisław Kulczyński, Mieczysław Cena, Józef Kauffman-Pstrokoński, Stanisław Iwankiewicz. Miałem wspaniały start, jako student medycyny, lubiany przez profesorów i kolegów. Jednak zabrakło mi wytrwałości i uporu w jakimś momencie. Trzy podejścia z anatomii, niedostatek specyficznych umiejętności zapamiętywania wiedzy w tym zakresie, i… porażka. Bardzo przeżyłem dramat spalenia mostów po blisko 3-letnich studiach medycznych. Zawiodłem niektórych ludzi tamtych lat.

Tak czy owak sport akademicki wiódł mnie już prosto w mury Studium Wychowania Fizycznego. Mimo, że nie byłem „orłem” w dziedzinie sprawności ruchowej, z sentymentem wspominam praktyczne zajęcia na tej uczelni. Udzielałem się tam również w Kole Studentów SWF i pełniłem jakiś czas funkcję prezesa. Brałem oczywiście udział we wszelkich imprezach i zajęciach poza murami szkoły. O zajęciach, treningach i pracy społecznej na obozach w Złocieńcu i Zieleńcu nie sposób zapomnieć. Tam nasi mentorzy robili z nas ludzi – wielcy naszego świata: Antoni Szymański, Jan Fazanowicz, Balcer, Górny, Ulatowski, Stawczyk, Winert, Skrodzki, Berezecki i inni. Pomagali nam zdobywać szlify nauczycieli, wychowawców, i instruktorów. Zapamiętałem szczególnie szczupłą, wysportowaną, bardzo lubianą przez studentów, postać profesora Antoniego Szymańskiego, pod którego doświadczonym okiem wyrastaliśmy na wuefistow, trenerów, działaczy… Do tej pory z wdzięcznością i głębokim szacunkiem wspominamy naszych wychowawców. Mobilizowali nas nieustannie, edukowali, wskazywali drogę… Podejmowaliśmy wyznaczone zadania bez mrugnięcia okiem, świadomi ciążącej na nas odpowiedzialności – już wtedy przygotowywaliśmy się do przekazanie tej wiedzy następnemu pokoleniu.

Były to czasy pionierskie, powstawały podwaliny turystyki i sportu w powojennym, żądnym normalności świecie. A my byliśmy świadkami tworzenia przodującej dziś uczelni w kraju. I… z satysfakcją przychodzi to mówić - AWF i nasi promotorzy wykształcili wielotysięczną rzeszę naukowców, dydaktyków i organizatorów, specjalistów, najróżniejszych dziedzin kultury fizycznej. Wielu ze znakomitych jej absolwentów sprawdziło się w praktycznym działaniu na terenie Dolnego Śląska. Organizowali bazę, budowali obiekty sportowe, zakładało kluby. W wyniku usilnych starań, po latach doprowadzają do powstania w Jeleniej Górze filii AWF.

Życie codziennie weryfikuje uczelnię i jej absolwentów. Widoczne gołym okiem skutki działań animatorów kultury i sportu, są tematem wielu publikacji w mediach. Przedstawia się, omawia i analizuje wyniki w wyczynie. Ocenia się na bieżąco dokonania na rzecz upowszechniania sportu, udostępniania szerokiemu ogółowi obiektów sportowych itp. Istnieje presja społeczna (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) popychająca do efektywnej pracy, do podejmowania energicznych kroków na drodze rozwoju bazy sportowo-wypoczynkowej, w trosce o zdrowie dzieci, młodzieży, dorosłych. Profilaktyka jest nadrzędnym celem i w tej dziedzinie życia zrobiliśmy wiele. A więc wyrównujemy zaniedbania, usuwamy zaległości i przeszkody. Chętnie legitymujemy się jak doraźnymi lub trwałymi sukcesami. Cieszymy się z ewidentnego postępu w kulturze fizycznej. Jednak pragnę przestrzec przed zbytnim optymizmem. Myślę, że ulegają zachwianiu proporcje między wysokim poziomem pracy uczelni, a poziomem pracy praktyków terenowych, że jest ich mniej niż się oczekuje (może niespełnieni z różnych powodów, realizują się w innych zawodach). Kontynuacja wiązania nauki z praktyką wydaje się być szczególnie ważna, konieczna na terytoriach peryferyjnych. Marzę o wdrożeniu jakiejś doskonałej strategii działania, prowadzącej w końcowym efekcie do skutecznego usportowienia młodego pokolenia, które nawiasem mówiąc wchodzi w XXI wiek. Podjęcia takich kroków, użycia na tyle ważkich argumentów, aby młodzi ludzie uznali za priorytetowe zachowanie higieny życia. Aby wyrobili w sobie potrzebę ruchu i systematycznego wysiłku fizycznego.

Moje refleksje kończę optymistycznym akcentem…Jestem bowiem osobiście, upartym optymistą. Wierzę, że nauczyciele wychowania fizycznego i trenerzy-specjaliści z różnych dyscyplin sportowych nie będą się gubić w toku fundamentalnej pracy, zatracać w gąszczu biurokratycznych, niepotrzebnych nieraz obowiązków, wynikających z błędnej polityki kadrowej. Że zostaną wykorzystani do konkretnych działań merytorycznych – stricte: NAUCZANIA I WYCHOWANIA PRZEZ SPORT. Wreszcie, co uważam za rzecz doraźnie najważniejszą… że zostanie natychmiast zahamowany exodus tych ludzi do innych profesji (niestety taką mamy rzeczywistość – z powodu braku warsztatu pracy, małych zarobków, niedocenianego i lekceważonego przez decydentów przedmiotu – usportowienie młodzieży przegrywa z matematyką, fizyką czy śpiewem). Właśnie pionu oświaty i wychowania zjawisko to dotyczy w szczególności. Cała nadzieja w tym, że ministrowie i kuratorzy przebudzą się z letargu. Wierzę, że zaczną tworzyć znakomite programy szkoleniowe, skutkujące z jednej strony poprawą stanu bazy sportowej i wyników olimpijskich, a z drugiej - powszechnością kultury fizycznej i dostępnością nowoczesnych obiektów dla WSZYSTKICH.

Stanisław Rażniewski

Czytaj więcej >>

Popularne posty